Prywatność w sieci – gdzie stawiamy granice?

Blogowanie nauczyło mnie całej masy rzeczy, jedne są bardziej użyteczne, inne mniej. Część tej wiedzy przedawnia się już w tym samym momencie w którym wprowadzam ją w życie, część z kolei zostanie ze mną na dłużej. Pierwsze lata blogowania to była taka wiedza typowo techniczno-merytoryczna – domena, serwer, zasięgi, społeczność, nisza, własny produkt, newsletter – mogłabym wymieniać bez końca. Ostatnie miesiące z kolei to szkoła życia. Nauczyłam się jak negocjować najlepsze dla siebie warunki. Nauczyłam się prosić i wychodzić z inicjatywą. Nauczyłam się jak mieć twardy tyłek i mimo uszu puszczać komentarze i “dobre rady”. Nauczyłam się też w takich sytuacjach wybierać, kiedy mój czas i energia warte są reakcji i podjęcia działania, a kiedy sprawę lepiej odpuścić.

Jakiś czas temu miała miejsce sytuacja, w której postanowiłam zareagować.

Sami zobaczcie. Niedziela, szykujemy się do wyjścia na spacer. Jak zawsze w ogrodzie czeka na nas komitet pożegnalny w składzie mama, tata i babcia. Pomiędzy ogarnianiem wózka i Kajtka, a sprawdzaniem z Fabem czy wszystko mamy spakowane, słyszę pytanie taty, czy widziałam już TEN komentarz na worqshopie. Dla moich rodziców wszystko co związane z blogiem to “worqshop” więc chwilę zajęło mi dojście, gdzie TEGO komentarza mam szukać, ale udało się.

I tak w pewną majową niedzielę, chwilkę po moim pierwszym Dniu Mamy, pod zdjęciem które z tej okazji wrzuciłam na Instagramie po raz kolejny dowiedziałam się, że jestem złym człowiekiem. Żeby nie było – dowiedziałam się o tym oczywiście od osoby, która wie o mnie tyle co nic i był to chyba pierwszy komentarz jaki u mnie w ogóle zostawiła.

I wiecie co, może to był pierwszy komentarz, ale za to JAKI! Autorce należy się ogromne DZIĘKUJĘ! Dziękuję za ten komentarz, który miał być wbitą szpilą, a sprawił, że zwykły spacer zamienił się w bardzo ciekawą rozmowę z Fabem i jeszcze fajniejszą wymianę zdań z dziewczynami na Insta!

GRANICE I ZASADY

Ale po kolei. First things first. Jako rodzice to my ustalamy zasady. Decydujemy czym i jak karmimy nasze dziecko, jakie kolory będzie mieć w pokoiku, w jakim języku będziemy z nim rozmawiać, o której pójdzie spać oraz również o tym, czy jego zdjęcia pojawią się w sieci, czy nie.

My wyznaczamy granice – nie moja mama, nie koleżanka, nie teściowa, nawet nie jakiś internetowy autorytet, psycholog lub inny fizjoterapeuta. A już na pewno tych granic nie będzie mi wyznaczać “ciocia dobra rada” z internetów.

Jeżeli postanowiliśmy z Fabem (a możecie wierzyć lub nie, że jako dwie dorosłe, dość ogarnięte i pracujące w sieci osoby rozmawialiśmy o tym dość dużo), że chcemy wrzucać zdjęcia naszego dziecka do szeroko pojętych internetów to jest to nasza decyzja. Można się z nią zgadzać albo nie – wiadomo social media rzecz nowa, kontrowersyjna – ale kulturalna, dobrze wychowana osoba NIE PYTANA zachowa swoje zdanie dla siebie, tym bardziej nie będzie nim uszczęśliwiać innych na siłę, w komentarzu zupełnie wyrwanym z kontekstu.

Jak najbardziej jestem tutaj otwarta na dyskusję i chętnie poznam inny punkt widzenia, ale decyzja jak będziemy żyć należy do nas. Nie zmuszam nikogo do czytania bloga, nie zmuszam do śledzenia zdjęć na insta – nic na siłę. Ale jeśli już tu jesteś zachowuj się na jako takim poziomie. A że różne zdania można mieć i na poziomie sobie o nich pogadać widać tutaj.

DOKĄD ZMIERZASZ ŚWIECIE, CO?

Druga sprawa. Czasy w których żyjemy zmieniają się z dnia na dzień. Istnieje takie magiczne słowo AKCELERACJA, czyli przyśpieszenie. To w jakim tempie zmienia się nasz świat non stop ulega przyśpieszeniu. Dzięki rozwojowi technologii zmiany, które w przeszłości zajmowały kilkaset, kilkadziesiąt lat dzisiaj dzieją się praktycznie z dnia na dzień.

Jakiś czas temu zapytałam taty, czy trzydzieści lat temu wyobrażał sobie, że kiedyś będzie nosił w kieszeni telefon, który może robić zdjęcia, wysyłać wiadomości, łączyć się z Internetem (haha, z Internetem! Kto wtedy o tym słyszał), podróżować, robić zakupy i tak dalej. Nie wyobrażał sobie. Trzydzieści lat temu w naszym domu nie było telefonu stacjonarnego, a o smartfonach nikt nawet nie myślał.

Pierwszy iPhone pojawił się w 2007 roku – to niecałe 11 lat temu, a sami zobaczcie ile w tym czasie się zmieniło! Cały świat nosimy ze sobą w kieszeni, pojawiły się media społecznościowe, rozkwitły biznesy online, pojawił się też gorący temat prywatności w sieci i internetowego ekshibicjonizmu.

Udawanie, że czasy w których żyjemy się nie zmieniły jest BEZ SENSU. Zmieniły się i zmieniać się będą jeszcze szybciej i ciężko nawet zgadywać gdzie będziemy za kolejne dziesięć, dwadzieścia lat. Obstawiam jednak, że to wszystko będzie pędzić do przodu. Media społecznościowe istnieją i zamiast traktować je w kategoriach czarno-białe, złe-dobre lepiej chyba nauczyć się żyć z nimi w zgodzie i mądrze z nich korzystać. Każdy ma prawo tutaj ustalać swoje granice, jednocześnie jednak wypadałoby szanować granice wyznaczone przez innych.

DZIECIŃSTWO NA ZDJĘCIACH

Moi rodzice odkąd pamiętam robili nam zdjęcia. Mamy w domu albumy ze zdjęciami z wyjazdów, z urodzin, z zabaw w ogrodzie. Mamy mnóstwo amatorskich, nagranych trzęsącą się pod wagą ówczesnej, gigantycznej kamery ręką kaset z wakacji i ze szkolnych uroczystości. Aparat, klisze, kamera, kasety – to wszystko na początku lat 90. nie było tanie i łatwo dostępne, moi rodzice uparli się jednak, że będą łapać wspomnienia z naszego dzieciństwa.

Zdjęcia z dzieciństwa Faba można policzyć na palcach jednej ręki. Nigdy nie widziałam jak wyglądał gdy był w wieku naszego Kajtka, nie widziałam go podczas codziennej zabawy, nie słyszałam jaki miał głos i nie widziałam jak człapał po mieszkaniu. Rodzice Faba mieli inne priorytety, może inne wydatki i takich pamiątek po prostu nie ma.

Do czego zmierzam? Tak jak ja nie mam żalu, że moje zdjęcia z kąpieli z interesem na wierzchu do tej pory chowają się w rodzinnych albumach, tak samo Fab nie wypomina rodzicom, że jego zdjęć z tego dziecięcego okresu po prostu nie ma. I mam nadzieję, że uda nam się wychować nasze dziecko tak, aby również akceptowało nasze wybory.

Ani ja, ani Fab nie mamy żadnego problemu z dzieleniem się urywkami naszej codzienności w sieci. Dla nas jest to kwestia otwartości – jeśli wiem, że żyję w fajny i ciekawy sposób, jeśli czuję, że mogę coś pozytywnego pokazać światu, jeśli widzę, że ludzie coś z tego wynoszą i odbierają to pozytywnie to zamiast budować dookoła siebie mur chcę dzielić się tym co mam. Nawet jeśli miałoby to być zdjęcie kawy, które przypomni o tym, aby w zabieganym dniu znaleźć chwilę dla siebie. Albo uśmiech czy inna śmieszna mina niemowlaka, która sprawi, że ktoś po drugiej stronie ekranu również się uśmiechnie.

Jednocześnie bardzo świadomie wybieramy to, co się w Internecie znajdzie, co CHCEMY pokazać.

Od początku było dla nas jasne, że po pojawieniu się na świecie Kajtka wiele się w tym temacie nie zmieni. Wiedzieliśmy, że nasza ekipa powiększa się po prostu o fantastycznego małego człowieka, nie planowaliśmy jednak wielkiej życiowej rewolucji ani tym bardziej kompletnej zmiany stylu życia. Dlatego nasze dziecko w Internecie jest obecne. Po prostu, bez wielkiej filozofii, bez zasłaniania twarzy, bez owiewania go tajemnicą, ale też bez zakładania oddzielnego konta i robienia z niego pseudo celebryty 🙂

No i wiadomo, że zdjęcia Kajtka, które w sieci lądują w żaden sposób nie naruszają jego wizerunku. Nie pokazałabym w sieci zdjęcia mojego dziecka na golasa – ba, my takich zdjęć nie wysyłamy nawet dalszym i bliższym znajomym czy rodzinie. Nie pokazałabym go w sytuacji, która w jakiś sposób go ośmiesza, pokazuje w złym świetle, jest żenująca czy zbyt intymna. Zdjęcia, które wrzucam są estetyczne i nie wstydzę się ich ani trochę. A to, że są w Internecie to już nasza decyzja.

I wiecie co – jeśli ktoś kiedyś będzie musiał zmierzyć się z konsekwencjami naszych wyborów, będziemy to my. Jeśli Kajtek kiedyś zapyta, cytując słowa autorki komentarza “Mamo, dlaczego? nie chcę być pokazywany jak małpka w zoo.” to ja będę musiała wziąć to na klatę i na takie pytania odpowiedzieć. Albo poprosić Faba, żeby zrobił to za mnie 😉

a tak poza tym … w temacie prywatności

Przy okazji, podczas naszego niedzielnego spaceru zaczęliśmy się zastanawiać nad innymi, związanymi z prywatnością i prawem do wyboru sprawami.

Dlaczego nikt nie protestuje gdy w Polsce “hurtowo” chrzcimy dzieci mimo że sami z Kościołem nie jesteśmy jakoś bardzo związani? Przecież wiara i wybór religii to super prywatna sprawa, dlaczego nie zostawiamy tego wyboru do dokonania dziecku gdy będzie odpowiednio dojrzałe?

Dlaczego w Turcji rutynowo obrzezamy chłopców – oczywiście również bez pytania o zdanie? Przecież to coś praktycznie nieodwracalnego, ten zabieg to kompletne ingerowanie w prywatność i cielesność człowieka? Tutaj jednak też nikt na rodziców jakoś specjalnie nie huczy.

Swoją drogą – gdy ktoś nas pyta “Kiedy chrzest?” odpowiadam, że zaraz po obrzezaniu. Nawet nie wiecie jak pięknie zamyka to buzie natrętom!

No i w temacie obrońców prywatności i prawa do wyboru. Karmić dziecka w miejscach publicznych też nie powinnam, co nie? No bo jak tak cyckiem świecić. Spotkałam się już z komentarzami, że „karmienie dziecka to akt bardzo intymny i nie powinien odbywać się na widoku” – serio? Lepiej niech płacze z głodu albo z pragnienia, prawda?

No i zainspirowana sytuacją, którą widziałam w niedzielę. Pieluszki w parku też nie powinnam zmieniać, bo jeszcze ktoś coś zobaczy (tak jak ja!) kątem oka? Lepiej niech się dziecko drogie kisi w zasikanym pampersie w trzydziestostopniowym upale.

Takie traktowanie to dużo lepszy przejaw szacunku do dziecka, prawda?

Podsumowując – im dłużej działam w sieci, tym mniej zadziwia mnie w ludziach. Bo wychodzi na to, że o zdanie niemowlaka pytać powinnam. To może tak.
Czy chce z cycka prawego, czy lewego jeść?
Czy ma coś przeciwko temu, że kupuję mu ciuszki z Lidla, czy nie daj boziu z drugiej ręki?
Czy kropki na ścianie są ok, czy może powinny tam być serduszka, rybki lub motylki?
Czy uśnie w swoim łóżeczku, w wózku czy może na mamusi dla odmiany?
Czy szczepimy, czy może raczej nie?
Czy kąpiemy?
A na wakacje to się z nami zabierze, czy raczej w domu posiedzi?

Musimy tylko jakiś mądry język sobie ustalić – jedno “a gu” to TAK, a dwa to NIE. Ciekawe jak daleko na tym zajedziemy…

Zobacz również

  • “Kiedy chrzest?” odpowiadam, że zaraz po obrzezaniu. – pozwól że sobie zanotuję tę genialna odpowiedź i użyje przy najbliższej okazji 😂
    Świetny post. I jak zwykle brawo za szczere postawienie sprawy. Uściski dla Kajtka od Ardy vel Lewka 🙂

  • Ewelina

    Świetny tekst!
    Dla mnie logicznym i oczywistym było, że skoro oboje z Fabem od lat świadomie działacie w sieci, a swoje marki osobiste budujecie w oparciu o to, kim jesteście i jak żyjecie, to Kajtka nie będziecie prezentować z zamazaną twarzą czy workiem po ziemniakach na głowie!
    Co więcej, zdjęcia, które pokazujecie (te z dzieckiem czy nie), zawsze są estetyczne i wyglądają na zaprezentowane celowo, a nie rzucone „ot tak” w czeluść internetów. I jest dokładnie tak jak piszesz – decyzja o tym, czy pokazywać zdjęcia swojego dziecka w sieci to kolejna z decyzji, które należą do Was, rodziców. Decyzja stosunkowo nowa,bo i same social media nie pochodzą przecież z epoki kamienia łupanego. Ciekawa jestem, czy autorka komentarza prowadzi taką krucjatę również przeciwko swoim prywatnym znajomym, którzy wrzucają zdjęcia własnych potomków na fb czy insta. I idę o zakład, że zdjęcia te o wiele częściej naruszają sferę intymności tych dzieci, niż te, na których Wy prezentujecie Kaia (a które w mojej osobistej opinii są przede wszystkim urocze i inspirujące :)). Najłatwiej jednak jest coś wytknąć „obcej osobie” ufając w moc anonimowości.

    Trzymajcie się mocno i działajcie dalej 🙂 To, co robicie jest fajne i niech nie zniechęcą Was żadne pisane w poczuciu sztucznej wyższości komentarze.

  • Bardzo fajny tekst. Uwielbiam te wszystkie ciocie dobre rady, to jest jakaś masakra…
    Uważam, że nikt nie ma prawa do dawania takich złotych rad.
    Dlatego nigdy nie słucham żadnych rad. Co do pokazywania zdjęć dziecka w sieci, ja też uważam, że to nasza, rodzicowa decyzja i podobnie jak Ty, wiem, gdzie są granice prywatności w sieci.

  • Mniejsze od trzech

    Świetny tekst! My nie mamy dziecka, ale często słyszymy, że „sprzedajemy swoją prywatność”, nagrywając codzienne vlogi. A dla nas to sposób na pokazanie nieco innego spojrzenia na świat, poparty naszymi doświadczeniami. Dzielimy się dobrym humorem i pokazujemy, że w życiu nie trzeba ciągle narzekać. Z tego samego powodu zaglądamy do Was – każdy wpis i zdjęcie są nasycone dobrą energią! 😉 Buziaki! <3

  • Paulina Śliwa

    Jesteśmy z Tobą Kasiu 🙂

  • Lena

    Ja też zazwyczaj czytam a pierwszy raz skomentuję ;). Przybijam piątkę za decyzję o stawianiu granic tam, gdzie Wy macie pomysł na siebie i wychowanie Kajtka. My z mężem też od początku w różnych sferach stawiamy na swoim tłumacząc bliskim dlaczego tak a nie inaczej i jak mogą nam w tym towarzyszyć. I nie raz było ciężko – bo jak to bez chrztu? Co to znaczy sam zdecyduje!? Bo jak to bez słoiczków z Gerbera i kurczaka zmiksowanego razem z ziemniakami – on na pewno MUSI już coś jeść! Jak to śpi na podłodze?? My tłumaczyliśmy, że każdy ma tylko jedną szansę na wychowanie dziecka. I mimo, że nasi rodzice i dziadkowie dali sobie radę bardzo dobrze, to teraz my chcemy po swojemu, bo żadnej z decyzji nie będzie nam dane podjąć raz jeszcze. I to, jaki mamy pomysł musimy realizować tu i teraz a nie zastanawiać się „co inni powiedzą” albo „jak to wygląda”. Trzymam kciuki za Wasze decyzje i będę nadal cichutko śledzić co tam u Was z przyjemnością oglądając zdjęcia całej trójki 😉

  • Ina

    My zdecydowaliśmy że nie będziemy wrzucać zdjęć z dziećmi na FB ani Instagram, ale wiesz, czasem mi ciężko nie dzielić się takim szczęściem i radością jakim są dla nas te malenstwa:) ale zgadzam się, decyzja należy do was we wszystkim co jest związane z małym. Możesz słuchać rad BLISKICH albo i nie:) my też zmagaliśmy się z komentarzami że żyjemy bez ślubu z 2 dzieci, że bez chrztu itp ale czy zminielo to nasze zdanie i pogląd na świat? Nasz poziom szczęścia i realizacji własnych planów ? Cudowne nieee 🙂

  • Kasiu, czekałam na ten wpis od kiedy zobaczyłam post na ig i Twój komentarz do „dobrej rady” (swoją droga to konto wyglada jak fejk bo sa tylko „znani” ludzie nie ma takich szarych kowalskich jakich kazdy normalny człowiek ma). Totalnie sie zgadzam- to my wyznaczamy granice tego co chcemy pokazać i tak długo jak nie przekracza to dobrego smaku nikt nie powinien nas pouczać co i jak. mnie zawsze dziwi jeszcze ze tak sie ludzie przyczepiają do pokazywania twarzy dzieci ale jak ktoś wrzuca nagość to jest „okej bo mozna popatrzeć” (skrajny przykład). wszystko jest naszym własnym wyborem: chcemy wrzucić kawe – wrzucamy kawe, zdjecie na plazy to zdjecie na plazy, nawet własnej twarzy nie chcemy pokazać? tez spoko! ważne zeby czuć sie dobrze z tym co sie robi i nie miec pozniej uczuć ze zrobiło sie cos wbrew sobie, a jeżeli innym sie to nie podoba? trudno; social media maja to do siebie ze daja wybór. Nikogo nie trzeba obserwować, komentować. mozna zwyczajnie, po ludzku. mam nadzieje ze czasy hejtu i dobrych rad kiedys miną i bedą sie szerzyć pozytywy, a ci którym cos nie pasuje znikną z sm (bo po co oni komu).
    Dziękuje za ten wpis i trzymajcie sie cała cudowna rodzinka 🙂

  • Raquel

    Myślę też, że my jako czytelnicy dużo stracilibyśmy nie mogąc zobaczyć Kajtka – jest przecudowny!

  • Anna Kurtasz

    O dziecku się nie wypowiem, bo nie mam i mieć nie będę. Ale fakt, że zdjęcia radosne i piękne.
    Najbardziej za to spodobały mi się słowa: ” jeśli wiem, że żyję w fajny i ciekawy sposób, jeśli czuję, że mogę coś pozytywnego pokazać światu, jeśli widzę, że ludzie coś z tego wynoszą i odbierają to pozytywnie to zamiast budować dookoła siebie mur chcę dzielić się tym co mam.” – bo absolutnie wyrażają moją filozofię i to, co sama robię w sieci – na blogu i fb. Jeśli uważam, że pokazanie tysiąca zdjęć z ogródka ma sens, bo niesie pozytywną wartość, to będę je pokazywała i tyle. Też prezentuję to, co uważam za fajne i ciekawe w swoim życiu i świecie – wiatraki, zwierzęta, prace scrapbookingowe… Zawsze można nie oglądać 😉

  • Już kiedyś zastanawiałam się nad tematem pokazywania dziecka w sieci, choć samej do bycia matką jeszcze mi daleko. I myślę sobie tak – jeśli te zdjęcia to nie jest coś, co za 10 lat będę się starała przed dzieckiem ukryć (bo brzydkie, bo ma głupią minę, bo jest gołe albo coś jeszcze innego), to dlaczego ich nie pokazać? Moja zdjęcia mama też rozsyłała ciotkom i jakoś nikt nie miał z tym problemu. Albo – dziecka nie całować w czółko bez pytania. Całe pokolenia dzieci były całowane w czółko i jakoś ludzkość przetrwała. Więc bez przesady. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Pozdrawiam świadomych rodziców i podziwiam 🙂

  • Julka W

    Ja zdjęć córki nie publikuję, ale głównie dlatego, że nie robię tego również ze zdjęciami moimi i męża – nie mamy fb, instagram zaś służy mi tylko do publikowania moich handletteringowych wypocin. Ale uważam podobnie jak Ty, to rodzice stawiają granice i póki zdjęcia nie są niesmaczne, to cóż w nich złego. Hehe i też co jakiś czas wraca u nas temat chrztu. powinniśmy na siłę, wbrew sobie ochrzcić, bo przecież większość dzieci jest ochrzczonych i naszej młodej będzie ciężko…

  • Zaplanuj Życie

    Prywatność to decyzja każdego z osobna. My zadecydowaliśmy, że nie publikujemy zdjęć, jeśli ktoś nas oznacza to prosimy żeby usunął oznaczenie. Wiadomo, że w Internecie teraz można wszystko, ale jeśli komuś przeszkadzają zdjęcia dziecka to faktycznie niech ich nie ogląda. I tyle. Może jest zazdrosny i chciał wyrzucić z siebie frustrację? Niektórzy w ten sposób reagują.

    Ale ważne, że Twoje decyzje są świadome i nie masz czego się wstydzić. A inni niech sobie myślą co chcą. Z przyjemnością czytam Twoje teksty. Zawsze jest w nich coś mądrego 🙂

  • Magda K.

    My jeszcze dzieci nie mamy ale wiem, że raczej nie będę publikować zdjęć na fejsie. Jeżeli chodzi o sprawy ‚religijne’ to mąż nie chce ani chrztu ani obrzezania (jeśli się chłopak trafi), powiedział, że dziecko jak podrośnie i będzie bardziej rozumne to samo sobie religię wybierze.
    Twoje zdjęcia są cudowne i w żaden sposób nie ośmieszają Malucha.
    Żona znajomego np. nie dość, że założyła instagram niemowlakowi to jeszcze wrzuciła 2 zdjęcia z porodu (całe szczęście, że czarno białe..) a w sieci można trafić na naprawdę żenujące zdjęcia dzieci….
    Buziaki dla Was

  • Joanna

    Powiem tak..Super, że masz własne zdanie, zwłaszcza że to rodzice decydują o dziecku..Ja nie ukrywam, że jeszcze jakiś czas temu miałam na fb zdjęcia swojej córki, a niestety te raz wrzucone do sieci, żyją swoim życiem. W tej chwili tego nie robię..nigdy..ale nie ma to nic wspólnego z tym, że moje dziecię miałoby z tym problem jak dorośnie..zupełnie nie. W tej chwili nie wrzuciłabym zdjęcia do sieci ze względu na bezpieczeństwo mojej córki, bo poniekąd zawodowo trochę się tym zajmuje i jakoś tak mi utknęło. Co oczywiście nie przekłada się na to, że uważam, że robisz źle czy dobrze, zresztą to zupełnie nie moja sprawa, a dobre rady to najlepiej wsadzić sama wiesz gdzie:) Ja tam te Wasze zdjęcia lubię, bo czytając bloga, jakoś tak lepiej jest jak można popodziwiać zdjęcia. Choć nie ukrywam, że trochę brakuje mi tych częstszych wpisów:) Pozdrawiam:)

  • Kurcze, bardzo ciekawa sprawa. Ale jedno jest pewne – Wasza sprawa! 🙂 I nikomu nic do tego 🙂

  • Agnieszka

    Twoi rodzice nie pytali Cię, czy chcesz mieć zdjęcie z „interesem na wierzchu”, a Ty nie pytasz swojego syna, czy chce, żebyś publikowała jego twarz w sieci z tego samego powodu – dzieciak nie ma możliwości na takie pytanie odpowiedzieć i to jest klucz. Jak Twój syn będzie miał kilka lat i będzie potrafił odpowiedzieć, to i tak nie będzie rozumiał sedna sprawy. ALE. Jak pójdzie do szkoły, będzie już rozumiał, czym jest Internet i prędzej, czy później, usłyszy od jakiegoś kolegi coś w stylu „Hehe, widziałem Twoje fotki, jak jadłeś lody i byłeś cały ufajdany w czekoladzie”…
    No nie wiem. Nie będę wnikać w szczegóły, ale ostatnio szczęka mi opadła, kiedy znajomy 9-latek zaczął swoją opowieść o swoich wrażeniach po powrocie z „zielonej kolonii”. Nie zaczął od tego, że morze jest piękne, czy coś. Zaczął od czegoś w stylu „A wiesz, że X jest pedałem? Raz zsunął spodnie i majtki i udawał, że chce wyr…ć Y, ale on mu uciekł”.
    I nie mówię o dziecku z patologicznej rodziny, a wręcz przeciwnie.
    Czasem słyszę też gadki dzieciaków, które idą do szkoły, czy z niej wracają.
    Czasem ktoś wspomni, co przytrafiło się jego dziecku i dlaczego teraz jest smutne. Bo na przykład kolega przerobił jego zdjęcie, jak jadło banana, owoc zastępując zupełnie innym elementem – i rozesłał do wszystkich w klasie. Albo znalazł facebookowy profil jego „ojca” i metodami małego tropiciela wyczaił, że ten wcale go nie spłodził, tylko jest drugim mężem mamusi. I takie tam.
    Fakt, Twoje życie jest ciekawe, jesteś mężatką, nie jesteś gruba, nie pracujesz jako pobieraczka opłat przy szalecie miejskim i jest małe ryzyko, że z powodu Twojej „otwartości” kiedyś Twoje dziecko będzie miało jakieś problemy. Ja nie mam nic do kobiet niezamężnych, otyłych i uważam, że żadna praca nie hańbi. Ale wiesz, jak myślą i zachowują się dzieci – sami ich zresztą tego uczymy, zwykle nieświadomie, komentując bez opamiętania wszystkich i wszystko dookoła.

  • Dominika Roszkowska

    Zachwycił mnie ten wpis. Całym sercem jestem z Wami. To Wasza sprawa co chcecie pokazywać w sieci. Dziękuję za to że dzielisz się takimi słodko-gorzkimi smakami. Dla mnie ma to ogromną wartość, szczególnie w tej rzeczywistości gdy jakoś wszyscy wiedza lepiej jak masz żyć, co powinnaś a czego nie. To pokrzepiające, że jest więcej osób które pragną żyć na swoich warunkach i nie wahają się o to zawalczyć.