Dbam, bo kocham – związek multi-kulti od podszewki

Przychodnia, 8 rano, standardowe pobranie krwi. Pani w laboratorium szykuje się ze strzykawkami, jednocześnie zerkając na kartę ze zleceniem i robi wielkie oczy widząc moje nazwisko – a ja już szykuję się na serię pytań, którą powtarzamy średnio co miesiąc.

– Skąd takie nazwisko, bułgarskie?
– Nie, tureckie.
– Tureckie? No i jak to jest mieć męża z Turcji, … lepszy jakiś?

Tę i inne wersje pytania „Jesteś z Turkiem?” przerabiałam w ciągu ostatnich 9 lat do znudzenia. Temat wałkowany w mniej lub bardziej subtelny sposób przez bliższych i dalszych znajomych, przez rodzinę oraz przez osoby, którym praktycznie nic do tego z kim jestem.

Pytania o taki związek multi-kulti bardzo często dostaję również od Was i już od jakiegoś czasu chciałam się z nimi na blogu rozprawić. Pretekstem niech będzie luty – „miesiąc miłości” – oraz akcja, #DBAMboKOCHAM do udziału w której zaprosiły mnie Magda i Dagmara. W ramach akcji #DBAMboKOCHAM przez cały luty na różnych blogach (ich listę możecie znaleźć w podlinkowanym poście nagłaśniającym kampanię) będą pojawiać się teksty opisujące różne aspekty bycia w związku, bliskości i budowania relacji.

Ja wzięłam na siebie podzielenie się paroma przemyśleniami o życiu w związku multi-kulti.

Piszę tu oczywiście o sobie – o swoich przeżyciach, doświadczeniach i sprawach widzianych z mojej perspektywy. Wiem, że ja nie zdecydowałabym się na  gorącą wakacyjną love story z kurortem w tle (ok, albo raczej – nie liczyłabym na jej pozytywny ciąg dalszy), ale wiem też, że i takie historie się zdarzają. Piszę o mieszanym związku, w jakim sama od 9 lat jestem i o kilku przemyśleniach, które mi ten związek dał. I już.

Jesteś z Turkiem? Jak to się wszystko zaczęło … 

Pamiętam początek naszej znajomości. Nie poznaliśmy się przez skype’a, nie zakochałam się na amen na wakacyjnym wyjeździe, nie dałam się złapać na piękne oczy na Facebook’owej fotce profilowej. Nic z tych rzeczy.

Poznaliśmy się w szkole językowej w Anglii gdzie przez rok oboje „pracowaliśmy” jako au-pair. Zamiast romantycznych spacerów i randek we dwoje spędzaliśmy mnóstwo czasu na wycieczkach po okolicy, wypadach do Londynu i weekendowym pub crawling razem z innymi au-pair. Gdy „coś” zaczęło się między nami dziać żadne z nas nie przykładało większej wagi do tego jaka narodowość widnieje w paszporcie drugiego – w końcu była to znajomość z określonym terminem ważności, którą u Faba wyznaczał koniec wizy pozwalającej mu na mieszkanie w UK, a u mnie koniec dziekanki i powrót do Polski na trzeci rok studiów.

 

Rok szybko zleciał, zdaliśmy egzaminy językowe, nasze host family zaczęły rozglądać się za nowymi au-pair, a my doszliśmy do wniosku, że jest fajnie i w sumie czemu nie zostać by na tym neutralnym, angielskim gruncie trochę dłużej i zobaczyć jak się sprawy ułożą. Wtedy zaczęły się schody!

No bo wiecie – chłopak z Turcji to nie jest najlepszy pomysł.

Cała masa moich bliższych i dalszych znajomych (o rodzinie nie wspominając, bo to temat na oddzielną historię!) poczuła się upoważniona do odradzania, podpowiadania, straszenia i czarnomyślenia. Czasem te dobre rady miałam okazję usłyszeć wprost, dużo częściej najbardziej soczyste konwersacje odbywały się za moimi plecami. Standard – bolesny i weryfikujący wiele znajomości, ale jednak standard.

W czasach gdy tak swobodnie podróżujemy, poznajemy nowe miejsca i kultury a świat mamy na wyciągnięcie ręki nadal wierzymy w te same, mocno już nadgryzione zębem czasu stereotypy. Ile ja się nasłuchałam!

Słuchałam historii z dreszczykiem, które ktoś obejrzał gdzieś w telewizji, słuchałam o koleżance kolegi, która przejechała się na znajomości znad egipskiego basenu, słuchałam o islamie, o różnicach, o innej kulturze, o porwanych dzieciach, o chustach, o kilku żonach czekających na mojego Turka i o tym, że teraz jest fajnie, ale kiedyś, po przeprowadzce albo po ślubie to on się na bank zmieni. I to prawda – zmienił się. Na lepsze. Zresztą – oboje się zmieniliśmy 🙂

Pochodzenie ma znaczenie? 

Nie wiem czy pochodzenie samo w sobie, ale kultura w której zostaliśmy wychowani w związku liczy się na bank!

Zauważyłam, że gdy myślimy o związku multi-kulti najłatwiej jest skupić się na tych wielkich kulturowych „przepaściach” – religia, język, tradycje, inny model rodziny, inne miejsce w społeczeństwie, inne zwyczaje i zachowania – i właśnie na nich budować swój obraz takiego związku, w nich doszukiwać się problemów i na nie zwalać winę za wszystkie niepowodzenia i porażki. Jasne, pary mieszane mają trochę bardziej pod górkę, ale przecież pochodzenie z tego samego kraju i dogadywanie się w tym samym języku też nie jest gwarancją sukcesu i udanej, związkowej współpracy.

Przecież dużo mniej widoczne, ale równie upierdliwe różnice „kulturowe” na trochę mniejszą skalę mogą pojawić się również w związku w którym obie osoby wychowały się w pozornie tej samej kulturze, zakorzenione w pozornie te same tradycje i zwyczaje. W każdej relacji ludzie w pewnym momencie muszą całkiem świadomie zacząć uczyć się siebie nawzajem i budować związek oparty na zrozumieniu i empatii. Musimy zacząć od drobiazgów, docierania się na obszarach codziennych przyzwyczajeń i oczekiwań, tego jak funkcjonujemy, co stanowi dla nas wartość, gdzie jesteśmy skłonni pójść na kompromis.

Pochodzenie jest tutaj dużo mniej ważne niż dojrzałość, otwartość na drugiego człowieka i chęć robienia czegoś razem.

Prawda jest taka, że można trafić różnie – niezależnie od narodowości faceta. W związku multi-kulti musisz myśleć. W „normalnym” związku też musisz myśleć. Gdy motylki szaleją w żołądku, a zakochane serducho bije w szalonym rytmie musisz znaleźć miejsce na to, aby głowa też mogła pracować, a oczy były otwarte na to, co dzieje się dookoła.

Najtrudniejsze jest jednak to, aby myśleć za siebie, a nie stereotypami – kultura, religia i pochodzenie mają znaczenie, ale nie powinny nikogo definiować. Wiedza i świadomość to jedno, a widzenie człowieka jakim jest, a nie przez pryzmat kulturowych stereotypów to druga sprawa.

Musisz myśleć, ale tak samo musisz pozwolić sobie po prostu czuć, aby nie skreślić kogoś już na starcie. Nasz związek miał szansę skończyć się po 3 tygodniach, po intensywnym praniu mózgu którym zostałam przemaglowana, gdy wróciłam do domu na święta, trwa sobie jednak w najlepsze już dziesiąty rok. Dlaczego?

Bo wierzyłam temu, co widziały moje oczy, a nie temu co słyszały uszy. A widziałam faceta, który potrafił złapać kontakt i fajnie dogadać się z każdą napotkaną osobą, widziałam faceta, który bez żalu odpuszczał wypady na imprezy jeśli akurat był potrzebny swojej host rodzince. Widziałam faceta, który skrobał zapuszczoną kuchnię po wolnym weekendzie, który układał kilkulatka do snu, który podróżował i spełniał swoje marzenia. Widziałam faceta, który z czasem stał się moim najlepszym kumplem, z którym wspólne wkuwanie do egzaminów było świetną zabawą, który powoli wyciągał mnie z nazbieranych przez lata przekonań i kompleksów, który sprawiał, że miałam ochotę żyć bardziej, ciekawiej, inaczej. Jasne, Turek – ale co z tego?

#DBAMboKOCHAM – niezależnie skąd i gdzie jestem

Mimo globalizacji, dostępności wszystkiego wszędzie, mieszania się kultur, Internetu, ekspresowych przesyłek kurierskich, what’s app’ów, e-booków i całodobowych sklepów online bujdą jest, że wszędzie żyje się tak samo. Nie żyje się.

Inaczej żyło nam się w Anglii, zupełnie inaczej w Turcji, jeszcze inaczej żyje się w Polsce. Nie zawsze było różowo, ale za każdym razem udawało nam się w miejscu, które wybraliśmy sobie do życia stworzyć dom. Dom, czyli coś więcej niż raz lepiej, a raz gorzej umeblowane cztery kąty. Dom czyli miejsce, w którym codziennie przeżywamy nasze tu i teraz, miejsce w którym kłócimy się o pierdoły, wspieramy w ważnych sprawach, wygłupiamy się i … dbamy, bo kochamy!

Mieszkanie za granicą i życie w takim zmiksowanym multi-kulti związku daje szerokie pole do popisu jeśli chodzi o dbanie o drugą osobę! Same zobaczcie…

Nasze własne #DBAMboKOCHAM – w Turcji

Po kilku pierwszych tygodniach w Turcji i zachwycie wszystkim co nowe wpadłam w niezłego doła – Fab zaczął pracę w agencji reklamowej, a ja zostałam sama w domu, bez niczego „swojego”, bez konkretnego zajęcia i bez żadnej bratniej duszy. Czy było mi łatwo? Nie. Ale wiedziałam, że mój facet robił co w jego mocy, aby ten szok kulturowy jak najlepiej zamortyzować!

Fab nie stał się nagle stereotypowym Turkiem – panem i władcą w domu, syneczkiem mamusi na rodzinnych spotkaniach, macho na wyjściach ze znajomymi. Nic z tych rzeczy. On cały czas był sobą, a jeśli coś się po naszej przeprowadzce zmieniło, to tylko na lepsze.
Bez mrugnięcia okiem zgadzał się na moje najdziwniejsze pomysły i wspierał w ich realizacji. Wiecie – założę bloga! Będę sprzedawać babeczki! Zapiszę się na kurs tureckiego (bo znalazłam taki za darmoszkę, w najbardziej szemranej dzielnicy, ale coooo tam)! Będziemy nagrywać vlogi! i tak dalej..

Motywował do tego, aby wychodzić ze swojej strefy komfortu – to dzięki niemu zaczęłam dawać korki z angielskiego, które skończyły się dla mnie pracą w firmie odzieżowej w Stambule, dzięki niemu zaczęłam biegać, dzięki Faba staraniom jego znajomi i przyjaciele stali się naszymi znajomymi,
Niesamowicie doceniał i milion razy dziękował za wszystko co robiłam – nawet jeśli były to głupoty typu posprzątane na weekend mieszkanie, bazylia na parapecie, przypomnienie o urodzinach (jego…) siostry, albo pudełko z domowymi muffinkami do pracy,
Sprawiał, że zawsze czułam, że jestem jego priorytetem – nieważne czy w kwestii baaardzo częstych i długich spotkań z rodziną (których na początku nie znosiłam i czułam się tam jak piąte koło u wozu), czy wtedy gdy trzeba było wziąć dzień wolny aby latać za moim pozwoleniem na pobyt lub innymi dokumentami, czy gdy musiał pędem wrócić do domu bo do mieszkania wpadł nam gołąb (kto jeszcze tego nie wie, to oznajmiam, że okrutnie brzydzę się gołębi!),


Świętował ze mną nasze polskie święta i robił wszystko, abym nie tęskniła aż tak bardzo za domem – włącznie z kupowaniem biletów last minute na rocznicę rodziców, lepieniem pierogów (co prawda z soczewicą, ale zawsze!), szukaniem tulipanów na dzień kobiet, i zapraszaniem tureckiej rodziny na polską Wigilię i Wielkanoc oraz tłumaczeniem im całej „otoczki” tych świąt co roku od nowa,
Nie krytykował i nie oceniał – nawet wtedy, gdy dobrze widział, że przesadzam, histeryzuję i zamieniam się w małą drama queen. Ani wtedy gdy latem z bazaru przynosiłam okropnie drogie i okropnie podgniłe malinki tylko po to, aby zjeść chociaż kilka z nich. Ani wtedy, gdy musiał tłuc się przez pół miasta, aby odbierać moje zatrzymane na cle paczki.


Sprawił, że mieliśmy najpiękniejszy ślub pod słońcem – bo prawda jest taka kochani, że gdy ja padałam po całym dniu pracy na kanapie i zasypiałam tam snem sprawiedliwego, Fab siedział po nocach i projektował wszystkie tablice, dekoracje i drobiazgi, które ja sobie wymarzyłam,
Zdecydował się wrócić ze mną do Polski – gdy zaczęliśmy zastanawiać się nad wyjazdem ze Stambułu w planach był Londyn lub Warszawa. Warszawa była łatwiejsza, bezpieczniejsza, bliżej mojej rodziny i … tańsza. Fab dobrze wiedział, że będzie tutaj musiał ogarnąć życie na nowo, że będzie musiał znaleźć miejsce dla siebie, nauczyć się języka i funkcjonowania w polskiej rzeczywistości i wiecie co … bez słowa sprzeciwu (za to z wielkim entuzjazmem!) zabrał się do pakowania walizek.

Dbam, bo kocham – w Polsce

Po naszej przeprowadzce do Polski okazało się, że życie i podział obowiązków zmieniły się o 180 stopni. Jasne, robiliśmy listy plusów i minusów takiej przeprowadzki, ale … plusy zawsze były bardziej jaskrawe, a minusy spychaliśmy gdzieś głęboko w podświadomość. Jakoś wcześniej nie dopuszczałam do siebie myśli, że aż tyle codziennych spraw spadnie na mnie.

Nasze dbam, bo kocham nabrało tutaj zupełnie innego wymiaru.

Nie pomyślałam o tym, że mój do tej pory super zaradny facet nie będzie w stanie sam ogarnąć bardziej formalnych spraw, których na początku do załatwienia jest sporo – pozwolenie na pobyt, zameldowanie, zamiana prawa jazdy, zgłoszenie w różnych urzędach, konto w banku, rejestracja u lekarza.

Nie pomyślałam, że tak ciężko będzie mu znaleźć tutaj pracę i że w efekcie oboje skończymy „na swoim”, bez poczucia bezpieczeństwa, które zapewnia stała pensja co miesiąc wpadająca na konto.

Nie pomyślałam, że wzięcie jakiegokolwiek kredytu, większe zakupy albo inne, długofalowe zobowiązania będą teraz spadać na mnie. Tak samo jak użeranie się z dostawcą Internetu, wczytywanie się w punkty umów zapisane drobnym maczkiem i analizowanie różnych ofert, aby wybrać tę najlepszą dla nas.

I nie, nie jest to kwestia jego lenistwa, wygody, „tureckości” czy braku dobrej woli – wyobraźcie sobie załatwianie czegokolwiek gdy nie jesteście w stanie dogadać się po polsku. Teraz wyobraźcie sobie takie sytuację w urzędach gdzie i tak na ogół jest pod górkę. No właśnie. Dlatego pomagam, dodaję wiary w siebie i … dbam, bo kocham. Tak po prostu. Bo jesteśmy zespołem i działamy razem.

Na początku buntowałam się, że wszystkie te „samcze” role spadły na mnie, ale wiecie co … przeszło mi. I doceniam to, że w tej nowej sytuacji on też dba, bo kocha.

Doceniam to, że nie muszę tykać brudnych naczyń w zlewie i odkurzacza.

Doceniam to, że wyciąga mnie na śniadania na mieście i randki bez okazji.

Doceniam, że siedzi ze mną na szkole rodzenia na której rozumie co piąte słowo.

Doceniam to, że robi najlepszą kawę pod słońcem gdy siedzę przy komputerze i najpyszniejszą miętową herbatę, gdy wieczorem wskakuję do łóżka z książką w ręku.

Doceniam, że tak świetnie wpasował się w naszą wielopokoleniową rodzinkę.

Doceniam, że dzień po dniu w czasie niekończącego się remontu tworzy dla nas wymarzony dom.

Doceniam, że zawsze wspiera, motywuje i wylewa kubeł zimnej wody na głowę gdy wpadam w panikę, że wszystko jest nie tak.

Związek multi kulti – da się? 

No jasne, że się da! Tylko tak sobie myślę, aby się dało i jedna i druga strona musi o tym multi-kulti zapomnieć i po prostu, zwyczajnie skupić się na człowieku z którym mamy do czynienia.

Dać sobie czas, aby tak naprawdę poznać siebie, swoje wartości, swoje mocne i słabe strony. Dać sobie czas, aby się dotrzeć, znaleźć miejsca, gdzie trzeba będzie wypracować kompromis i takie, gdzie trzeba będzie odpuścić.
Dać sobie czas, aby dojrzeć do tego, żeby kulturowe różnice potraktować jako płaszczyznę do wspólnego działania, jako miejsce, gdzie wiele fajnych spraw i nowych tradycji można na spokojnie wypracować. 

Jeśli temat związku mieszanego (a w szczególności związku z Turkiem, bo jak inaczej!) szczególnie was interesuje podrzucam namiary na blogi moich „tureckich” koleżanek! U Olgi  i Agaty (którą sama czytałam jeszcze w Anglii, gdy chciałam tę Turcję od podszewki trochę lepiej poznać!) znajdziecie całą masę ciekawostek, informacji i spojrzenia na sprawę z perspektywy obu dziewczyn!

Zachęcam również do śledzenia wpisów, które w lutym będą pojawiać się w ramach kampanii #DBAMboKOCHAM – to świetna okazja na to, aby spojrzeć na różne aspekty dbania o związek! A może wy również przyłączycie się do akcji i pokażecie swoim Czytelniczkom sposoby na to, jak okazywać uczucia na co dzień, nie tylko w Walentynki? Zapraszamy!

No i pora na was – co myślicie o związkach multi-kulti? Da się, czy nie? Co waszym zdaniem jest tutaj nie do przeskoczenia? A może druga połówka którejś z was również nie ma polskiego paszportu i na co dzień żyjecie w takim związku? Ciekawa jestem ile nas tu jest, takich mieszanych par! Obstawiam, że więcej niż nam się wydaje, ale przekonajmy się w komentarzach! 

Zobacz również

  • Cześć ,
    Mega ciekawy wpis. Narodowość to jedno, ale człowiek nie jest tylko swoją narodowością. Liczy się charakter 🙂
    Pozdrawiam ,
    Kasia

    • Kasiu, dokładnie – przede wszystkim charakter i chęć bycia z tą drugą osobą 🙂
      Ściskam!

  • Paulina Szymczak

    Bardzo Ci dziękuję za całą opowieść. Od pewnego czasu bywam na Twoim blogu, i czasami miałam takie niezbyt ciekawe uczucie zazdrości. To tylko wynika z głupiego porównywania się z innymi. Absolutnie muszę się tego pozbyć. Ten wpis nie tyle mi pokazał jak wygląda multi-kulti związek, ale zwyczajna relacja pomiędzy dwojgiem ludźmi. Zdałam sobie sprawę, żeby dwoje ludzi się spotkało i zgrało na całe życie, musi wiele rzeczy razem przejść i doświadczyć. Wciąż się czegoś uczę, więc i Tobie dziękuję za podzielenie się swoim życiowym doświadczeniem. Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

    • Paulina 💛 baaaardzo trudno jest się w dzisiejszych czasach nie porównywać! Bardzo.. Idealne życie, idealne miejsca, idealna codzienność, idealna praca bombardują nas na każdym kroku, uwierz mi znam to 🙂 Mi osobiście bardzo pomaga świadome „uciekanie” z Internetów – poranki i wieczory bez SM, dzień albo dwa w tygodniu kompletnie offline.. jakoś tak wtedy człowiek cieszy się normalnością i nabiera dystansu 🙂
      A multi-kulti związek nie musi wyglądać inaczej niż taki „normalny” – i chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi :):)

      • Paulina Szymczak

        To prawda takie dni offline, są bardzo ważne. Dziś np. jestem poza facebookiem. Póki co zaczynam od 1 dnia w tygodniu bez facebooka, może później uda mi się więcej wytrwać.

      • Jak dajesz radę zrobić sobie dzień lub dwa offline? Czy było to metodą małych kroków? Nie potrafię wytrwać w postanowieniu, że nie sięgam po telefon po przebudzeniu, choć nauczyłam się już wyłączać pocztę i FB w czasie pracy… 🙂 Wieczorem też mi ciężko nie wziąć do ręki telefonu przed snem…

        • Lidia, mam ustawiony alarm o 21.00 i 9 rano i jak ten alarm się włącza to przestawiam telefon na tryb samolotowy, zostawiam w drugim pokoju, albo w kuchni, zajmuję się książką czy jakimiś innymi rzeczami „offline” i potem jest z górki 🙂 A jeśli chodzi o dzień offline to robię tak samo, tylko na 24 godziny. Też mnie czasem ciągnie, ale mówię sobie, że to taki wyjątkowy dzień w tygodniu, kiedy mogę robić wszystko inne niż siedzieć z telefonem w ręku i daje radę 🙂

          • Masz silną wolę dziewczyno 🙂 Ale mówiąc szczerze zawstydziłaś mnie trochę, albo może inaczej, zmobilizowałaś żeby walczyć z tym cholernym sięganiem po telefon. Mam sukces, w postaci wyłączenia jakichkolwiek powiadomień 😉 Niestety na moją niekorzyść działa różnica czasu. Gdy wstaję o 7 rano, w Polsce jest 13.00. Funkcjonuję w dwóch rzeczywistościach i dwóch strefach czasowych i jest to utrudnienie. Po prostu muszę rano sprawdzić pocztę, bo tylko wówczas mogę załatwić moje polskie sprawy. Ale oczywiście ograniczanie internetów nie ma nic wspólnego ze strefami czasowymi, to tylko wymówka 😉 Wszystkiego dobrego Kasiu.

  • Małgorzata Jaruszewska

    Super tekst, jedno mi się nasunęło na myśl,że Fab jest wyjątkowym człowiekiem i to jest fakt. Mam przyjaciółkę ,która wyszła za Włocha,także cudownego człowieka.Dzięki Carlo stwierdziłam,że nie ważne skąd ale KIM się jest.
    Pozdrawiam

  • Ale super post <3 szczery i bardzo pozytywny. Temat jest mi bliski, bo mąż mojej najlepszej przyjaciółki jest Nigeryjczykiem i ona to dopiero się nasłuchała (i nie tylko nasłuchała, ogólnie sporo przykrych rzeczy doświadczyła)… Dopiero na jej przykładzie przekonałam się, jak powszechnym zjawiskiem w Polsce jest rasizm, bo tu już nawet nie chodzi o zwykłe uprzedzenia. A zarówno jej mąż, jak i Twój Fab są tak po prostu fajnymi facetami i nawet jeśli nie dadzą rady załatwić czegoś samodzielnie w urzędzie, to ogarną milion innych, równie ważnych (albo nawet ważniejszych) rzeczy. Nie wiem, serio nie wiem, jak można kogoś oceniać wyłącznie przez pryzmat pochodzenia.

    • Ja się ostatnio tak zastanawiałam na ilu poziomach ten rasizm i dyskryminacja u nas funkcjonują i jak często pod takimi pozornie niewinnymi heheszkami i docinkami (na przykład na temat „słoików”) chowają się ogromne ludzkie uprzedzenia. Szkoda, że w ostatnich latach to wszystko widać jakby bardziej… W urzędach ja też czasem mam wrażenie, że już nie dam rady 😛 więc co dopiero obcokrajowiec, na przykład w takim urzędzie ds. cudzoziemców, gdzie wszystko opisane jest po polsku 😀

  • Mieszkam w bardzo specyficznym mieście, w którym wszyscy się znają, są ze sobą spokrewnieni, wszystko wiedzą, widzą i o wszystkim „uprzejmie donoszą”. Gdy byłam mała, nie rozumiałam dlaczego moi rodzice mówią, że to „wyspa szwagrów” – teraz doskonale wiem o czym mówili i jak wiele było w tym racji.

    O tym jak bardzo ludzie są uprzedzeni, miałam okazję przekonać się na własnej skórze kilka lat temu. Przyznaję, że byłam tym cholernie zaskoczona, biorąc pod uwagę fakt, że mieszkam przy granicy z Niemcami, którzy w okresie jesienno – zimowym stanowią chyba 90% turystów w moim mieście. Wydawało mi się, że w takim miejscu ludzie raczej nie zieją nienawiścią do obcokrajowców i nie są rasistami. Niestety, zieją i potrafią być okrutni.

    Byłam w związku z czarnoskórym chłopakiem i wszystko było dobrze, dopóki spotykaliśmy się w miejscach „zamkniętych”, u mnie lub u Niego w domu, albo w gronie najbliższych znajomych. Sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy zaczęliśmy razem chodzić na spacery lub na zakupy. Wieść o tym, z kim się spotykam, obiegła miasto z prędkością światła. Rozdzwoniły się telefony, zasypano mnie SMSami i wiadomościami na FB – rzadko z gratulacjami, częściej niestety z historiami rodem z dreszczowca, a także wyraźnymi oznakami hejtu i nienawiści, tudzież zazdrości.

    Najgorsze było to, że najwięcej przykrości spotkało mnie ze strony mojej ukochanej babci. Gdy koleżanka doniosła Jej, że „widziała mnie z czarnuchem”, babcia natychmiast zadzwoniła do mojej mamy z pretensjami. Zrobiła Jej awanturę o to, że jak Ona mogła dopuścić do tego, żebym spotykała się z kimś takim, że co ludzie powiedzą i co Ona ma powiedzieć swoim koleżankom, gdy Ją zapytają czy Jej wnuczka ma jakiegoś „narzeczonego”. To, co osobiście od Niej usłyszałam zepchnęłam w najdalsze zakamarki pamięci, żeby Jej nie znienawidzieć.

    Przez tydzień płakałam w poduszkę i nie chciałam wychodzić z domu. Czułam się osaczona i zupełnie nie wiedziałam co robić. Niektórzy znajomi przestali zapraszać mnie na wspólne wyjścia, nie proponowali wypadu do kina czy na grilla. Byłam załamana. Kiedy w lokalnych mediach pojawiły się artykuły o wypadku, w którym brał udział jeden z bliskich znajomych mojego partnera, w komentarzach zostałam obsmarowana tak, że miałam ochotę wyjechać stąd jak najdalej i nigdy nie wracać. Wplątano mnie w jakąś paskudną aferę, dostawałam smsy z groźbami i wulgarnymi tekstami. No po prostu… ciemnogród.

    Rozstaliśmy się w niedługim czasie, dzięki „uprzejmości” zarówno moich jak i Jego „znajomych”, przy dość istotnym udziale jednej z moich „kuzynek”. Bolało bardzo, a później przez długi czas, wychodząc z domu na głowę naciągałam kaptur lub zakrywałam twarz włosami. Bałam się spojrzeń ludzi bo nie wróżyły niczego dobrego. Kiedy spotkaliśmy się rok później i przeprowadziliśmy ze sobą szczerą rozmowę, wyjaśniło się wiele spraw i dopiero wtedy zrozumieliśmy co się tak naprawdę wydarzyło. Nie udało się tego posklejać, On zdecydował się wyjechać z mojego miasta, piszemy do siebie od czasu do czasu, ale to w zasadzie tyle.

    Jak patrzę na to z perspektywy czasu to nie wierzę, że to mi się naprawdę przytrafiło. Czasami nawet pytam mamę, czy to faktycznie miało miejsce? To chyba jakiś syndrom wyparcia, albo jakiś mechanizm obronny. Rany się już co prawda zabliźniły, ale dystans do ludzi mam nadal i przestałam się tak chętnie zwierzać mojej babci.

    Bardzo kibicuję każdej dziewczynie, która spotyka na swojej drodze obcokrajowca. Wspieram duchowo i życzę jak najlepiej. Moja przyjaciółka ma fantastycznego męża, którego „przywiozła” sobie z Egiptu – nikt im nie wróżył przyszłości, a są razem mimo wszelkich przeciwności losu. Moi rodzice traktują Go jak własnego syna 🙂 a ja jak brata, uwielbiam Go bo to niezwykle dobry i wrażliwy człowiek. Szybko nauczył się polskiego, pomagałam im w urzędach, gdy walczyli o przedłużenie wizy, aż w końcu dostał zgodę na pobyt stały – mają mieszkanie, On założył firmę budowlaną i jest niezwykle zaradnym facetem. A ludzie gadali, że muzułmanin, że Ją okradnie, że porwie dziecko… no i niech tam sobie gadają. Oni wiedzą i czują swoje.

  • Kasia

    Świetny tekst 🙂 U mnie jest podobnie, mój mąż jest Hiszpanem, jesteśmy razem już 5 lat. I chociaż czasami słyszę komentarze w czym obcokrajowiec jest lepszy od Polaka, przy mnie raczej ludzie nic złego nie mówią… ale to pewnie też kwestia, że łatwiej im zaakceptować kogoś z Europy niż z innych części świata. Na początku mieszkaliśmy w Hiszpanii, gdzie obracaliśmy się raczej w międzynarodowym towarzystwie, teraz mieszkamy w Kanadzie, ale za rok-dwa planujemy powrót do Hiszpanii. Zobaczymy jak będzie tam… Najtrudniejsze w takim związku jest chyba dopasowanie się do miejsca, w którym mieszkasz, zawsze jedna osoba musi coś poświęcić dla drugiej.

  • ewa

    Kasia, jak ja Wam kibicuję (to niezbyt trafne określenie), jesteście stworzeni dla siebie – patrząc na Twoje zdjęcia tak sobie umyśliłam. W jakimś metafizycznym sensie jesteście do siebie bardzo podobni, jestem u Ciebie stałym gościem i oglądam różne rzeczy i czytam. Przełamujecie schematy i robicie to ot tak po prostu, bez zadęcia i wielkich słów. Kocham Was po prostu ever 🙂

  • Świetny post, bardzo takie lubię u Ciebie. Jesteście wspaniałą parą i wielkie brawa dla Was za tą wspólną, zapewne czasem niełatwą, pracę nad małżeństwem. A przy tym tak niesamowicie zarażacie optymizmem, że chce się Was czytać, oglądać, słuchać jak najczęściej. Życzę Wam jeszcze wielu takich pięknych lat razem, a sobie żeby ktoś kiedyś tak bardzo mnie kochał jak Wy siebie wzajemnie:)

  • Sylwia B

    Fajnie było poznać Waszą historię. Super post,tak się zaczytałam, że aż mi kawa wystygła 🙂 i to zdjęcie w samochodziku na molo w brighton :)) mam identyczne i facet z którym zrobiłam to zdjęcie jest moim mężem już 15 lat (a razem to już 21)

  • Enthia0

    Świetny artykuł! 🙂 Ja jestem z Argentyńczykiem i nie powiem, żeby zawsze było łatwo. Najbardziej w kość dał nam chyba ten czas, gdy on przeprowadził się dla mnie do Polski – bardzo trudno było mu sie tu zaaklimatyzować a ja z perspektywy czasu widzę, że mu tego nie ułatwiałam. Ostateczenie nie udało mu się znaleźć pracy (a jest informatykiem, więc halo – co jest nie tak z pracodawcami?!) i dziś żyjemy w związku na odległość i jest to bardzo trudne, ale chcemy żyć razem i mamy nadzieję, że w tym roku nam się to uda.
    Jeśli chodzi o nasze rodziny, to zawsze nas wspierali w tym. 🙂 Jedynie na początku musiałam znieść wątpliwości mojej mamy, ale przeszły jej, gdy poznała mojego lubego.

  • Da się . Pewnie , ze się da. Ja nie myślałam , ze po przeprowadzce do Francji będzie mi tak ciężko tu ale z drugiej strony wiem ile spadło na R i to co ja wcześniej ogarniałam w Irlandii to wszystko a nawet więcej ( bo jednak biurokracja we Francji to totalna porażka ) . Wiem jak się stara i Olę ma na głowie. Oczywiście zdążyłam w ciągu prawie 9 lat usłyszeć jak to mi się francuza zachciało bo pewnie w czymś lepszy , czy już Polacy nie wystarczają , czy aby napewno to Francuz ,,prawdziwy ” czy może tylko taki z papierami. Przysięgam … własna rodzina i bliżsi ( wtedy wydawało mi się ) znajomi tez mnie zaskoczyli wiele razy ale widać przy takich sytuacjach poznajemy się i co ludzie o nas mysla i jak bardzo się interesują nie swoim życiem. Świetny tekst. Trzymajcie się ciepło

  • Marta

    Kasiu, pięknie to napisałaś. To bardzo ważne, żeby nie dzielić i straszyć, ale łączyć i pokazywać zwyczajne pozytywne życie.
    I proszę, bądź już zawsze blondynką 😉
    Ucałowania dla Faba 🙂

  • Zosia – modnedamy.blogspot.com

    Kasiu – tekst petarda!!!!!:) Super zdjęcia – szczerze mówiąc najbardziej lubię takie posty, w których blogerzy pokazują ‚wcześniejszych’ siebie:). W zupełności się z Tobą zgadzam, tak naprawdę, to, co jest ważne w człowieku to jego system wartości, a nie kolor skóry:)

  • Zawsze trzeba patrzeć na to, jakim ktoś jest człowiekiem i to niezależnie od narodowości. Sama narodowość nic nie mówi o człowieku. Znam rodzinę z Jemenu, po kolorze skóry każdy by powiedział, że to Muzułmanie, co nie jest prawdą. Są naprawdę przemili, zabawni, mają swoje przejścia (ucieczka przed wojną), a synowie są bardziej Polakami niż Jemeńczykami – wychowywali się w Polsce. Nie znoszę, gdy ktoś oczernia kogoś tylko ze względu na narodowość, kolor skóry, religię, bo to po prostu nie fair. Nikt za tych ludzi nie wybierał, że maja być Turkami, Afgańczykami, Chińczykami, czarnoskórymi – tak jakby zresztą miała to być jakaś kara. Za to oni mogą wybierać, kim i jacy chcą być. Nam pozostaje szczerze chcieć ich poznać bez patrzenia na stereotypy. Sam biały kolor skóry czy bycie katolikiem, ateista, kimkolwiek! nie daje nam prawa do mówienia ‚tego kochaj, a tego nie’.

  • Cudownie było przeczytać Waszą wyjątkową historię. 🙂 Dziękuję Ci za to!

    Dla mnie związki multi-kulti nie są niczym zaskakującym, od kiedy poznałam siostrę mojego męża (7 lat temu), która jest w szczęśliwym związku z Meksykaninem. 🙂 Przebywamy z nimi (można powiedzieć) na co dzień i spokojnie mogłabym powiedzieć, że niejeden Polak mógłby się od niego wiele nauczyć: w sprawie dbania o związek i pomaganie przy dziecku – chociażby. 🙂

    Cieszę się, że takich związków jest coraz więcej. 🙂

    PS Kasiu, bardzo dziękujemy za wzięcie udziału w akcji. To ważny głos w całej tej związkowej dyskusji. 🙂

  • astaaa

    Świetny post i super się go czytało. I te Wasze wspólne zdjęcia z przeszłości – ale się zmieniliście! 😉
    Własnych takich przeżyć nie mam ale moja stara znajoma z liceum wyszła za mąż za Egipcjanina właśnie i żyją wspólnie i zgodnie w Anglii już wiele lat. Więc da się? Da się.
    Pozdrawiam cieplutko. 🙂

  • Ania Piggott

    Rewelacyjny tekst i świetne zdjęcia! Wyglądacie na bardzo zgrana parę która tworzy bardzo ciepły dom!
    10 lat z Aglikiem (w tym 4 lata mieszkania w Barcelonie, zeby sam tez mógł doświadczyc urokow emigracji :)). Mamy dwuletnią córkę i ciesze się ze może wychować sie w obu kulturach. Mąż z ogromną chęcią zaadoptowal wszystkie polskie tradycje (oprócz smingusa dyngusa…) i nawet na wigili się wzrusza co jest bardzo ujmujace. Oczywiście ze da się zbudować taki związek. Mimo wielu barier i czasem praktycznych trudności, poszerza horyzonty i oferuje sporo nowych doświadczen. Czasem mi tylko żal ze nie wychował się na piosenkach Bajora, nie rozumie czemu tak lubię nucic kolysanke dla nieznajomej i nie zna smaku jagodzianek 🙂

  • Angelika

    Wszystko pięknie opisane i właściwie ujęte 😍Miło się czytało. Pozdrawiam

  • Przepiękny, wzruszający, a przede wszystkim bardzo mądry tekst. Też jestem w związku z obcokrajowcem – Włochem i właśnie 3 dni temu świętowaliśmy 8. rocznicę „chodzenia”. I też się nieraz nasłuchałam jacy to Włosi nie są. Zwykle odpowiadam, że facet jak facet. Oczywiście zgadzam, się, że istnieją różnice kulturowe, ale po pierwsze to te różnice wpływają na nas pozytywnie, poszerzają horyzonty, uświadamiają, że może być inaczej niż „po naszemu” i to inaczej też jest okey. A po drugie zastanówmy się jak głębokie różnice kulturowe mogą nas dzielić nawet od sąsiada zza ściany.

    Cieszę się i gratuluję, że udało Wam się przetrwać wszelkie przeciwności i życzę dużo szczęścia na przyszłość, a przede wszystkim wszystkiego co najlepsze w kwestii Maluszka :))

  • Z niecierpliwością czekałam na Twój wpis. Chciałam zobaczyć, czy większość par multi-kulti boryka się z tymi samymi problemami. Tak, większość. Dziękuję Ci za ten bardzo szczery, ale jakże ciepły tekst. Ja zawsze jak widzę Faba u Ciebie na FB albo IG to myślę sobie, że on chyba lubi mieszkać w Polsce. A przynajmniej takie sprawia wrażenie.
    Co do par mieszanych – bardzo dobrze znam i rozumiem wszystkie za i przeciw, wszystkie narzucane przez ludzi stereotypy i nowe role, w które musimy wejść.
    Związek z Kotem to nie mój pierwszy związek z Włochem, ale pierwszy tak poważny związek z… Sycylijczykiem. Ile ja się nasłuchałam! Że pewnie jest z mafii, że pewnie jego ojciec jest z mafii, żebym sprawdziła całą rodzinę, bo pewnie mają coś wspólnego z mafią. Niech Bóg broni, żebym tam jechała, bo pewnie odda mnie mafii, a ta będzie się nade mną znęcać i każe mi się prostytuować… I co z tego, że poznaliśmy się lepiej w momencie, kiedy on mieszkał już w Polsce. Na szczęście każdy, kto go poznał i poznaje od razu zaczyna go uwielbiać. Wystarczy kilka słów po polsku, kilka żartów i Kot kupi każdego. To też taki człowiek, że nie da się go nie lubić. Moja mama go uwielbia, a jego mamma traktuje mnie jak własną córkę.
    Jeśli chodzi o załatwianie bardziej przyziemnych spraw to ja ubieram spodnie i zamieniam się w pana domu. Z takiego samego powodu jak Ty – on zbyt dobrze nie mówi po polsku i w urzędzie czy u lekarza po prostu się nie dogada. A poza sprawami „urzędowymi”? Wspiera mnie bardziej niż ktokolwiek inny (bardziej niż moi rodzice). Wierzy we mnie nawet wtedy, gdy ja mam ledwo 20% pewności i dba o moją równowagę i spokój wewnętrzny.
    On robi mi pizzę, ja jemu żeberka. Chodzimy razem do kina, jeździmy na wycieczki rowerowe, a w zimie karmimy łabędzie. On jest Sycylijczykiem, ja jestem Polką. On bardziej kocha Kraków, a ja… no cóż – Katanię. I co z tego? No właśnie nic. Bo mimo tego, że jesteśmy z dwóch różnych kultur, rozumiemy się jak mało kto. No i dbamy o siebie, bo to jest w związku najważniejsze.
    Związek multi-kulti? Da się! 🙂

    • Kinga pięknie to wszystko opisałaś! 🙂
      A co do Faba – on uwielbia mieszkać w Polsce, wiadomo, że nie zawsze jest różówo, ale mimo tych dołków bardzo szybko się tutaj zaaklimatyzował 🙂

  • No, uwielbiam Was! ❤😁 Kasiu, niesamowicie ciepły, szczery i wzruszający tekst! Z wielką radością przeczytałam Waszą historię i najbardziej urzekła mnie dojrzałość Twoich przemyśleń. To, o czym napisałaś dowodzi, że kocha się przede wszystkim człowieka, a nie obywatela o określonej narodowości.
    Wspaniałości dla Was!

    • Ola dziękuję! No i dokładnie, ostatnie zdanie w Twoim komentarzu pięknie ten cały tekst podsumowuje!

  • Kasia przede wszystkim to Ci dziękuję. Za udział w kampanii. Za wspaniały wpis. Za te zdjęcia. Ależ Wy oboje macie przyjemne aparycje. OD razu uśmiech na twarzy wywołujecie. Jesteście wspaniałą parą. Wspaniałą. Dogadujecie się idealnie. I wiesz co? Tylko smutno na koniec mi się zrobiło. Bo Twój Fab nie może tego, co napisałaś przeczytać. Szkoda. Wielka szkoda. Choć z drugiej strony, z pewnością on to wszystko wie, co Ty czujesz prawda? Cudni jesteście. Ale to wiem od dawna, choć dawno nie zaglądałam, bo „życie” nie pozwala 🙂

    Wielkie buziaki dla Was!

    • Dzięki Madziu – i za ten komentarz i za zaproszenie do akcji! 🙂
      A Fabowi ten tekst przeczytałam z symultanicznym tłumaczeniem 😉 Jak już tyle ładnych rzeczy o nim napisałam to niech wie, słodzenia mężowi nigdy dość 😀

      • Dokładnie 🙂 W końcu o to chodzi w tej akcji 🙂 BY się doceniać i głośno o tym mówić, byle nie za dużo 😛 nie popadajmy w skrajność, bo osiądzie na laurach 🙂
        A z innej bajki, to jak się czujesz na finishu?? Bo chyba deadline Ci się zbliża co mamusia?? 🙂
        ps. Kasiu cała przyjemność po mojej stronie 🙂

  • Marta Miazek-Neuner

    Jak już pisałam pod zapowiedzią tego wpisu, od 10 lat jestem z Niemcem i też się nasłuchałam, oj nasłuchałam! Najlepsza była siostra mojej babci, która spytała mnie czy nie mogłabym sobie znaleźć polskiego chłopca, gdy wręczyłam jej zaproszenie na nasz ślub 😀 i doskonale wiem, jak irytujące jest to, że nagle wiekszość spraw praktycznych soda na mnie, bo nikt w naszych urzędach nie mówi po angielsku. Ale w pełni podpisuję się pod tym, że nie narodowość, religia czy kolor skóry się liczy, ale to jakim się jest człowiekiem i gotowość do wspólnej pracy nad związkiem.

    • Hihi w takim razie dobrze, że nie tylko ja jestem taką marudą jeśli chodzi o te praktyczne, życiowe sprawy 😀 A siostra babci wiedziała co powiedzieć, nie ma co 😉

  • Magda

    Jak już wiele osób powiedziało, nie ważne skąd, w co wierzy i jaki kolor skóry. Ważne jakim jest człowiekiem i co ma w sercu 🙂 Jakoś od zawsze czułam, że będę z obcokrajowcem i proszę: mąż jest Turkiem 😉 zostawił wszystko w Turcji i zdecydował się przeprowadzić do Warszawy, pomimo, że polski znał średnio i zanim znalazł pracę minął prawie rok. Było cholernie ciężko utrzymać 2 osoby z małą wypłatą ale daliśmy radę, on chodził zdołowany, że pracy nie może znaleźć ale ciągle mu powtarzałam, że w końcu coś się znajdzie a w międzyczasie niech się skupi na polskim i angielskim.
    Udało się, znalazł pracę a ten błysk w jego oku kiedy to teraz ja go proszę o pieniądze na wydatki- bezcenny 🙂
    A w lutym mija nam pierwsza rocznica ślubu 🙂
    Pozdrawiam Was serdecznie 🙂

    • Magda, już teraz gratulacje z okazji rocznicy! Taka przeprowadzka to zawsze ogromna zmiana dla obojga, super, że tak pięknie sobie ze wszystkim poradziliście 🙂

  • Jakże wiele miłości jest w tym tekście ❤ aż kipi! Bo miłość nie zna granic.

  • Ina

    super tekst, czekalam na niego z niecierpliwoscia 🙂 Mieszkam obecnie w Meksyku z mezem z ktorym jestesmy od 10 lat. I mimo ze miewamy nieporozumienia, czesto przez kwestie jezykowe (nie lapie niektorych zartow:P) lub po prostu czasem marudze, ze ‚w Polsce to sie robi inaczej”! to uwazam ze w zwiazku w ktorym jest duzo milosci, zawsze sie uda. A roznice sa czesto bardzo inspirujace i zakochujesz sie jeszcze badziej:)

    • Pięknie powiedziane – „różnice są często bardzo inspirujące i zakochujesz się jeszcze bardziej” 🙂 My się czasem śmiejemy, że jesteśmy razem tylko dlatego ponieważ od początku dogadywaliśmy się po angielsku, który dla obojga jest drugim językiem i ciężko powiedzieć na ile się na samym początku rozumieliśmy, a na ile wykazywaliśmy dobrą wolą 😀

  • Magda Kozlowska

    Moja obserwacja jest taka że życie w związku to nie jest tylko patrzenie sobie w oczy i wrzucanie romantycznych zdjęć do netu tylko to jest przede wszystkim praca, taka prawdziwa praca dzień w dzień 😉 mimo że jestem w związku z Polakiem

    • Oj to prawda – i tutaj nie jest ważne czy to związek mieszany, czy nie 🙂

  • boidudek

    Cześć! Od kilku miesięcy czytuję Twojego bloga i bardzo mi się podoba, ale tym postem skradłaś mi serce 🙂 Wasza historia jest absolutnie piękna. Pozdrawiam!! 🙂

  • Olala

    Piękny tekst! Jak dla mnie pokazuje obraz pary, która wie czym jest fajny, partnerski związek 🙂 Wprawdzie nie mamy z chlopakiem związku multi-kulti ale przeszliśmy przez ostatnie 10 lat przez kilka konkretnych przeprowadzek między miastami i krajami. Ten wpis przypomniał mi wiele podobnych sytuacji 🙂

    • Olala, oj tak przeprowadzki potrafią dać niezłą szkołę życia! 😀

  • Fajny związek bo fajni ludzie. 🙂 Narodowość nie ma znaczenia. 🙂

    • Dzięki! 😀 no i to prawda, jak swój na swego trafi to narodowość schodzi na dalszy plan 🙂

  • Aleeee ciepły wpis! <3 <3
    Ja patrzę na Twojego kochanego i Tak sobie myślę, że go podziwiam z tym wyjazdem, chociaż przed chwilą zrobiłam dokładnie to samo. Zamknęłam rozdział w swoim życiu pod tytułem Polska i zaczęłam Norwegia.
    Też chodzę po urzędach, wczoraj byłam otworzyć konto w banku, sama szukałam sobie pracy. A że jestem ambitna i nie lubię, jak jest za łatwo mówię tylko po norwesku. Tutaj sprawa jest o tyle prostsza, że można przerzucić się na angielski, a ludzie są naprawdę mili i nawet jak Cię nie rozumieją, to i tak pomogą. 😀 W Polsce, gdzie język jest MEGA CIĘŻKI i jeszcze ludzie w każdym kącie szukają tylko okazji, by się czepić… wow, podziwiam.
    Trzymajcie się zdrowo 😀 :*

    • Angelica, przede wszystkim powodzenia w nowym miejscu! Takie duże zmiany na bank nie są proste, ale potrafią dodać niesamowitego powera, zobaczysz nagle ile jesteś w stanie zrobić, ogarnąć i załatwić! 😀

  • Karolina

    Jak pięknie napisane, tak się wzruszyłam, ze ciężko mi ułożyć jakieś sensowne zdanie 😀 z tych słów bije takie ciepło, miłość i determinacja, że serduszko rośnie❤️

  • Przyznam, że sama zastanawiałam się, jak Wam się wspólnie układa i podejrzewałam właśnie, że pewnie nasłuchałaś się ze wszystkich stron, jakiego to błędu nie robisz. Ale! Cieszę się niesamowicie, że daliście radę, bo widać po Was, że jesteście wspaniałą parą, którą aż chce się poznać osobiście 🙂 A przy czytaniu wpisu aż łezka w oczku się zakręciła. Po Tobie widać też ogromną przemianę. Jak patrzę na Ciebie na przestrzeni czasu to z każdym miesiącem, tygodniem, rokiem coraz bardziej tryskasz energią, pozytywnym nastawieniem i radością! Trzymam za Was oboje (troje ;)) mocno kciuki i z całego serca dziękuję za piękny wpis 🙂

    • Anita dziękujemy za tyle miłych słów :):) Nasłuchałam się, ale w sumie to staram się wierzyć, że to nie były złe intencje tylko efekt tego, jaką papką i stereotypami jesteśmy karmieni. Cieszę się strasznie, że mogę dorzucić swoje trzy grosze i pokazać drugą stronę medalu 🙂

  • Zaplanuj Życie

    Twój wpis rozjaśnił mi sytuację do końca. Wcześniej nie chciałam słuchać tych wszystkich historii, że się nie da, że to takie straszne, bo jak to tak z takim Turkiem czy innym islamistą. Sama uważałam, że niektórzy przesadzają, ale nie wiedziałam jak jest naprawdę a słyszy się przecież różne historie.
    Cieszę się, że Wam się udało i że podzieliłaś się tą historią. Zapewne wiele osób pomyśli, że to tylko takie chwilowe i zaraz się wszystko rozsypie. A ja życzę Wam szczęścia na dalsze lata.

    • No tak, już się miało rozsypać kilka razy – po jednej przeprowadzce, po drugiej, po ślubie … a jednak jakoś się trzyma 🙂 Wszystko zależy od człowieka, serio! 🙂

  • Asia

    Ja myślę że te stereotypy tez maja w sobie bardzo dużo prawdy. Znałam islamistów i czułam różnice kulturowe które bardzo by nam przeszkadzały. Ja myślę że bardzo na wasz ” sukces w związku ” wpływa fakt ze Fab nie jest ograniczony, że jest ambitny, że dla niego wazny tez jest rozwój i ze porostu jest dobrym człowiekiem. Wtedy nie wazne jest wszytko inne. Nie odbierz mnie źle, że tylko jego chwałę ale myślę że to sprawia źle Fab nie jest ” typowym turkiem”. Bardzo mocno trzymam za Was kciuki i za bejbika. Szczesliwych chwil !

  • Mon Czere

    Nie chodzi o samą miłość, bo ona potrafi zawieźć, liczy się czy człowiek ma dobre serce, szanuje i wspiera drugą połówkę, a wtedy różnice kulturowe dodają smaczku.
    Wypięknieliście oboje 🙂
    Życzę dużo radości i miłości.

  • Jejku uwielbiam takie prawdziwe historie! Chyba żaden związek nie jest od początku do chwili obecnej tylko różowy – wszystkie mamy wzloty i upadki, a i ludzie czepiają się o wszystko, chociaż inna narodowość to chyba jeden z pierwszych punktów na ich liście czepialstwa 😀 jestem z Was mega dumna, że daliście radę! Teraz Wasza rodzinka się powiększa (pewnie inni też z tym mieli mega problem, by przełknąć temat haha) co jeszcze bardziej umocni te wszystkie dobre chwile – mówię też z własnego doświadczenia. No i Kasiu chyba przełamię się i sama dodam coś od siebie w ramach tej akcji… Już pytałam nawet swojego męża, czy mogę go nieco ujawnić 😛 super się czyta takie artykuły i aż mi ciepło na sercu się robi, że nie tylko ja nie miałam (w sumie nadal mało co mam) wsparcia od najbliższych w tej przecież mega ważnej decyzji w życiu jak bycie z kimś na dobre i złe. Dzięki raz jeszcze! Dzięki takim przykładom wiara w ludzi powraca 😀 chciałabym Was kiedyś poznać tak wiesz, przy naleśnikach haha 😀 trzymajcie się ciepło 😉

  • creepywallet

    Piękny tekst <3 dodający wiary w ludzi, którzy chcą walczyć o siebie nawazajem i zmieniać się na lepsze dla tej drugiej połówki, a nie przyjść na 'gotowe' oczekując księcia z bajki i w ogóle samej bajki bez żadnych komplikacji. Myślę że to właśnie te komplikacje i to jak reagujemy na nie i sobie radzimy razem, najbardziej cementuje każdy związek – nieważne czy damsko-męski, z rodziną czy przyjaciółmi. Uwielbiam Was w pakiecie i cieszę się na poznanie Bejbika, chyba że macie w planie go zostawić poza sferą blogowo-inetenetową 🙂

  • Też uważam, że jest dokładnie tak jak napisałaś – wspólne pochodzenie nie jestem żadnym gwarantem „związkowego sukcesu”. Co więcej, chyba w każdym związku pojawią się pola, na których para będzie się różnić. Jak twierdzi francuski socjolog J.C. Kaufmann (a ja się z nim zgadzam) „człowiek składa się z przyzwyczajeń”, które rzutują na nasze zachowania, poglądy, cele i marzenia. To czego nauczyliśmy się w dzieciństwie, to jakie mieliśmy wzorce, to jaką parą byli nasi rodzice czy dziadkowie – wszystko ma znaczenie! I pewnie, że wspólne pochodzenie wiele ułatwia – ale w życiu nie chodzi o to żeby było łatwo, tylko żeby było dobrze. 🙂 Dlatego, chyba, żeby być szczęśliwym w związku, trzeba znaleźć osobę, nie jak najbardziej do nas podobną, ale taką, z która po prostu chcemy być, bo obojgu nam jest wtedy, po prostu, dobrze! 😉

    PS. Nie wiem czy słyszałaś Kasiu o badaniach prowadzonych przez Kaufmanna – który przedmiotem swojej analizy uczynił miedzy innymi to jak pary wykonują obowiązki domowe – a konkretnie to jak życie w związku organizuje się wokół prania! Ja dowiedziałam się o tych badaniach na studiach i już wtedy dały mi one wiele do myślenia. Na co dzień się nad tym nie zastanawiamy, ale faktycznie, właśnie z powodu różnic i przyzwyczajeń wyniesionych z domu, często pojawiają się tarcia podczas podziału i wykonywania obowiązków domowych. Bo na przykład jeśli w domu rodzinnym mężczyzny nie prasowało się wszystkich ubrań i bielizny, a w domu kobiety prasowało się wszystko – łącznie ze ściereczkami do mycia naczyń to mężczyzna nie tratuje prasowania jako konieczności, nie traktuje tego jako obowiązku, a kobieta przeciwnie – nie chce z tej czynności zrezygnować. I to może wywoływać frustrację i prowadzić do spięć. Kaufmann przytacza przykład państwa Jaillou: „Isabelle Jaillou prasuje absolutnie wszystko: jej mąż nie pojmuje sensu tej pracy, a ją coraz bardziej męczy ilość czasu, jaki traci na wykonanie tej harówki. Ale nie może nic na to poradzić, po prostu dlatego, że „trzeba to zrobić”.

    To się rozpisałam – ale wg mnie to mega ciekawy temat. Więcej o badaniach Kaufmanna pisze M. Żadkowska i to z jej tekstów pochodzą przetłumaczone na język polski cytaty Kaufmanna. 😉

  • Pionierka

    Ja bym się nie zdecydowała nie z powodu multi-kulti tylko multi-lingwi. Nie wiem, czy umiałabym być w związku, w którym muszę się porozumiewać w języku obcym dla mnie, brakowałoby mi chyba umiejętności wyrażenia wszystkiego, co chcę. A co do Turków… w moim jakże światłym, tolerancyjnym i wielkomiejskim środowisku nikomu by nie przeszło przez gardło żadne pytanie na ten temat czy choćby aluzja. Za to bez żenady potrafią zapytać, jak mogę być z facetem o 15 lat starszym.No jak to jak? Chodzimy sobie na randki trumny dla niego wybierać, a poza tym to normalnie…

  • Cudowny tekst! Ta sama kultura, język czy nie, nie mają tak naprawdę dużego znaczenia. Ważna jest otwartość na drugiego człowieka i chęć zbudowania czegoś razem 🙂 Jestem od 5 lat w związku z Francuzem, mieszkamy w Polsce i jedyne momenty kiedy zauważam że rzeczywiście jest „inny” to wtedy gdy muszę rozmawiać w warsztacie o naprawach naszego auta (nie wiem kto rozumie wtedy mniej – ja czy mój mąż?) czy w sklepach budowlanych tłumacząc panom z obsługi czego szukam 🙂

  • Chyba hormony mi dziś szaleją, bo wzruszyłam się, czytając ten wpis!!! ♥♥♥

    • Dodam jeszcze, że temat jest mi zupełnie obcy. Jakoś nigdy nie potrafiłam złapać aż tak dobrego kontaktu z ludźmi mówiącymi w innym języku – ale to właśnie ten język był dla mnie przeszkodą, a nie pochodzenie. Jeździłam na wymiany szkolne do Francji, byłam tam też chwilę na erasmusie, ale prowadzone rozmowy zawsze były jakieś takie… mało znaczące? Chodzi chyba o to, że tylko po polsku potrafię w stu procentach wyrazić to, co czuję. No i jak to, moja druga połówka nie rozumiałaby tych wszystkich moich strasznie-okropnie-żenująco-śmiesznych żartów językowych? 😉 Z drugiej strony, może po prostu nigdy nie nadarzyła się okazja, żebym mogła naprawdę zaprzyjaźnić się z obcokrajowcem. Ale wasza historia jest super ♥♥♥ Czy u was od początku nie było tej bariery językowej?

  • Anna

    Uważam, że to wszystko, co opisujesz, powinno być stosowane w każdym związku, niezależnie od narodowości. Raz ja Ciebie wspieram, raz Ty mnie. Dzisiaj jesteś zmęczony po pracy, to ja ugotuję obiad itd. I wcale nie należy sie obawiać tego, że nagle zostaniemy czyimś służącym – przynajmniej z mojego doświadczenia widzę, że to zawsze do nas wraca 🙂
    Ja i mój Niemiec mieliśmy chyba dużo szczęścia, bo do tej pory nie usłyszeliśmy żadnych komentarzy. Wychodzę również z założenia, jeżeli mój dziadek, któremu Niemcy w 1945 spalili dom, nie patrzy na mojego partnera przez pryzmat narodowości, to nikt inny nie powinen.
    Co do samego związku, to niewątpliwą zaletą będą dzieci mówiące w trzech językach 😀

  • Joanna Rekik

    Świetny tekst Kasiu! Mój mąż jest z Tunezji a na codzień mieszkamy na Bliskim Wschodzie, więc bardzo utożsamiam się z większością tego co napisałaś. W moim przypadku na szczęście było mniej tego początkowego niedowierzania i obgadywania z polskiej strony – przezornie postanowiłam działać zanim to nastąpi. Jako że K. (podobnie jak Fab) jest bardzo sympatycznym i kontaktowym facetem, kiedy „na poważnie” zaczęliśmy myśleć nad wspólną przyszłością, sprowadziłam go na parę tygodni do rodzinnego Gdańska. Postawieni przed faktem dokonanym rodzina oraz przyjaciele („to jest K. Przyjechał Was wszystkich poznać!”) zdążyli go polubić jako osobę zanim do nich dotarło, że przecież to Arab 😉
    Mnie osobiście najbardziej irytowało to, że tunezyjscy znajomi męża przez jakiś czas traktowali mnie jako „dodatek” do niego co wiązało się choćby z tym, że nikomu z nich nie chciało się nawet odezwać do mnie po angielsku i byłam najzwyczajniej w świecie ignorowana. K. stwierdził, że w tamtym okresie z tych czy innych względów nie traktowali naszego związku poważnie i uznali, że 30-letni K. ma kryzys wieku średniego, który przejawia się romansowaniem z niebieskooką 5 lat młodszą Polką 😉 Już im takie myślenie przeszło 🙂
    Jedyna sytuacja, która naprawdę podniosła mi ciśnienie miała miejsce w trakcie kontroli paszportowej na lotnisku w Tunisie, kiedy to pan celnik zapytał męża (w mojej obecności!), czy tak trudno mu było znaleźć sobie odpowiednią żonę w swoim kraju. Mąż tylko się uśmiechnął.
    Jesteśmy bardzo dopasowani do siebie, ale też jednocześnie nasze charaktery świetnie się uzupełniają. Byłam za młodu w kilku związkach z Polakami, ale nigdy nie czułam się z nikim tak dobrze jak czuję się z moim obecnym Mężem. Za 2 tygodnie świętujemy 6 rocznicę ślubu 🙂

  • Jak pięknie napisane, z serca! Fab jest prawdziwym skarbem i tak, jak piszesz, związki multi, czy te „typowe” to sporo pracy i zawsze znajda się jakieś różnie kulturowe (czy to te miedzy państwami, czy nawet innym wychowaniem w różnych rodzinach).

  • Panna Anna

    Ja jestem w związku z Węgrem, rozmawiamy po angielsku. Zdarzają się nam błędy w komunikacji czy nieporozumienia bo dla obojga z nas nie jest to ojczysty język, ale jest to warte zachodu. Ostatnio doszłam do wniosku, że mając za chłopaka obcokrajowca, dostaje kolejną kulturę w gratisie. W ten sposób dowiaduję się dużo na temat tradycji, świąt, nawyków, przysłów… Zdecydowanie fascynujące!

  • Piękny wpis, ile tu miłości! 🙂

  • Paulina Śliwa

    I pewnie niektórzy mówili, że Twój mąż jest Arabem? 😉